Warhammer 40,000: Chaos Gate – Daemonhunters – recenzja z mroków spaczonego sektora

4 minuty czytania

Otwarły się wrota Chaosu. Spaczenie Nurgle’a zalewa system planeta po planecie. Tylko Szarzy Rycerze z pokładu Zgubnego Edyktu mogą powstrzymać zagładę. W uniwersum Warhammera 40k wydano całą masę gier taktycznych, przeważnie średnich i słabo rozbudowanych. Liczyłem, że Chaos Gate – Daemonhunters przełamie ten niekorzystny trend. Czy się zawiodłem? I tak, i nie.

W skrócie:

+ Klimat Warhammera 40,000 w każdym pikselu (O, Imperatorze!)

+ Przy strzale zawsze trafiasz 😉

+ Grafika i animacje

+ Zaskakująco angażująca fabuła

+ Mechanika zarządzania statkiem i drużynami

Powtarzalność i generyczność misji

Jak nie ogarniesz, musisz zaczynać kampanię od początku

Nierówny poziom trudności

Turowe mroki 41. milenium Warhammer 40k

Skojarzenia między Chaos Gate – Daemonhunters i X-COM 2 są oczywiste. Kto grał w drugą pozycję, szybko odnajdzie się na pokładzie Zgubnego Edyktu i mapie sektora. Założenia są podobne – rozbudowujemy statek, prowadzimy badania, rozmawiamy z członkami załogi. Rozgrywka podzielona jest na dwa typy. Jeden z nich to wspomniane, niezbyt rozbudowane, zarządzanie statkiem. Drugi to kierowanie Szarymi Rycerzami podczas taktycznych starć na powierzchni planet. Tutaj także nikt nie zadał sobie wiele trudu, żeby wymyślić unikatowe mechaniki. Zniknęły za to znane z X-COM procentowe szanse na trafienie. Widzisz cel – trafiasz. I to według mnie największy plus starć Chaos Gate – Daemonhunters.

Screen z gry Warhammer 40,000: Chaos Gate – Daemonhunters

Drugim plusem jest mroczny klimat czterdziestego pierwszego milenium. Obserwujemy akcję z perspektywy tajemniczego zakonu Szarych Rycerzy, kosmicznych marines szkolonych na Tytanie, wyspecjalizowanych w używaniu mocy psionicznych. Przekłada się to na rozgrywkę w postaci zwiększającej się aktywności osnowy, co generuje co kilka tur dodatkowe utrudnienia. Bohaterowie obecni na statku są ciekawi, chociaż pozbawieni szczególnej głębi. Między misjami jest kilka okazji, żeby z nimi porozmawiać, poznać ich przeszłość i motywacje. Cała akcja kręci się wokół rozszerzającego się w układzie spaczenia Nurgle’a. Naszym zadaniem jest je powstrzymać, co oczywiście nie obejdzie się bez ofiar.

Krucjata w wykonaniu Szarych Rycerzy

Same misje można podzielić na dwa rodzaje. Są to generyczne zadania służące do farmienia ziaren i zdobywania doświadczenia oraz zadania związane z fabułą. Podczas gry dzieje się dużo i od gracza zależy, jak szybko będzie pchał fabułę do przodu. Nie należy z tym zwlekać zbyt długo, bo nasi rycerze i tak mają level cap na poziomie 9, a siła przeciwników stopniowo rośnie. Chociaż świat gry stwarza wrażenie otwartego, gracz jest cały czas prowadzony za rękę.  Z czasem nawet standardowe misje (które po kilku rozgrywkach zaczynają się powtarzać, a Imperator nie pobłogosławił ich oryginalnością) będą stanowiły poważny problem dla postaci z niższymi poziomami.

Ograniczenie poziomu sprawia, że nie da się wybrać wszystkich umiejętności przypisanych do danej klasy. Rozwój postaci jest mało intuicyjny i wymaga zagłębienia się w zdolności. Moim zdaniem miało to na celu skłonienie gracza to większej rotacji bohaterów w trakcie gry. W moim przypadku zabieg udał się średnio, bo szybko odkryłem, jaka kombinacja postaci i umiejętności zapewnia ogromną przewagę na polu bitwy.

Walki są satysfakcjonujące i przyjemne, jeśli tylko posiada się odpowiednią siłę ognia. Tylko trzy razy nie udało mi się wypełnić zadania, za każdym razem podczas gry drugim składem. Każdy Szary Rycerz dysponuje trzema punktami akcji, które może wydawać na dowolne aktywności. Dostępne są sposoby, które pozwalają na wykonanie dodatkowych działań w trakcie tury. Przeciwnicy są zróżnicowani, chociaż nie grzeszą (sztuczną) inteligencją. Wielokrotnie mogli wyeliminować któregoś z marines, ale zamiast tego cofali się albo obserwowali zupełnie nieadekwatny fragment mapy. Kiepskie rozgarnięcie przeciwnicy nadrabiają ilością i rozstawieniem – obrońcy Wykwitu potrafią teleportować się na tyłach naszego oddziału w najmniej dogodnym momencie.

Screen z gry Warhammer 40,000: Chaos Gate – Daemonhunters

Każdy z rycerzy ma swoją prawie-unikatową specjalizację, w ramach której może rozwijać zdolności. Dlaczego prawie? Otóż niektóre umiejętności powtarzają się u różnych klas, co według mnie nie jest korzystnym zabiegiem i rozmywa różnice między specjalnościami. Przez całą grę korzystałem tylko z Justycjariusza (dodatkowe punkty akcji), Interceptorów (atak z teleportacją) i Konsyliarza (leczenie). Oprócz zdolności możemy rozwijać także ekwipunek, który wykupujemy za punkty zapotrzebowania po każdej misji. Jest on losowany na podstawie potrzeb zgłoszonych wcześniej u Wielkiego Mistrza. Im wyższy poziom zapotrzebowania wykupimy (maksymalnie 5), tym większa szansa, że otrzymamy dostęp do wyposażenia na 3 poziomie. Sprzęt można później ulepszać, ale ta mechanika, podobnie jak wszystkie inne, jest prosta i nie pozwala na jakiś szczególnie rozbudowany rozwój jednostek. Prosty edytor postaci pozwala na zmianę imion, wybór nazwisk oraz dopasowanie wyglądu naszych Szarych Rycerzy. Zmiany te nie są szczególnie widoczne podczas rozgrywki, ale to ciekawy smaczek dla fanów kosmicznych marines. Boli za to niewielka liczba animacji.

Ilu serwitorów potrzeba, żeby odpalić Chaos Gate – Daemonhunters?

Gra na moim RTX 4070 Ti działa w rozdzielczości 2k z limitem 75 klatek na najwyższych ustawieniach graficznych. Zdarzyły się 2 lub 3 spadki klatkarzu na jednej z map i przypuszczam, że to wynik złej optymalizacji, bo dotyczyło to jednego, konkretnego miejsca. Zarówno bohaterowie, otoczenie, przeciwnicy, jak i efekty prezentują się przyzwoicie. Nie uświadczymy oszałamiającego oświetlenia, ale też nie będziemy mieli poczucia, że gramy w tytuł z poprzedniej epoki. Jest mrocznie, demonicznie i krwawo, chociaż potrzebowałem misji czy dwóch, żeby przywyknąć do specyficznej estetyki. Warstwa dźwiękowa dobrze komponuje się z ciężkim klimatem Warhammera.

Screen z gry Warhammer 40,000: Chaos Gate – Daemonhunters

Jako zagorzały wyznawca Imperatora grałem w Chaos Gate – Daemonhunters z radością, choć niekiedy też z lekkim znużeniem. Powtarzalne misje albo są zbyt proste dla grupy doskonale wyposażonych weteranów, albo zbyt trudne dla świeżych rekrutów, a chcąc szkolić każdego rycerza osobno, trzeba skazać układ na zagładę (a siebie na nudę). Na wspomnienie zasługują ciekawe przerywniki w postaci wydarzeń i spotkań z wrogimi statkami, w trakcie których podejmujemy trudne i ryzykowne decyzje. Ich konsekwencje przychodzą do nas natychmiast, a najpoważniejszą z nich może być zniszczenie okrętu i koniec gry. Chaos Gate – Daemonhunters to idealny tytuł na kilka wieczorów, a dla fanów uniwersum nawet na dłużej.

Dodaj komentarz